Budapeszt na długi weekend, czyli absolutna perła Europy

Chyba się starzeję i z wiekiem coraz łatwiej mi zaimponować. Albo po prostu mam fart podczas wyboru kolejnych celów podróży. Tak czy owak odhaczyliśmy w tym roku kolejne miejsce i po raz kolejny się w nim zakochaliśmy. Po Rzymie, Wenecji, Bledzie czy Matterhornie na listę najpiękniejszych według nas miejsc w Europie wskoczył Budapeszt.

Budapeszt w weekend – jak to zaplanować? Dojazd i ceny benzyny

Stolica Węgier była na naszej liście od dawna. Kiedyś już tu byłem, ale jako dziecko, więc niespecjalnie cokolwiek pamiętam. Wypadało zatem odświeżyć sobie pamięć. Za tym kierunkiem przemawiało kilka czynników. Po pierwsze, odległość. Z południa Polski to podróż raptem na 6-7 godzin. Nie jest źle. Po drugie, ceny. Długi weekend w Budapeszcie kosztował nas znacznie mniej niż wyniósłby pobyt w Warszawie czy Krakowie. Po trzecie zaś, sława tego miasta. Sława absolutnie nieprzesadzona.

Zanim jednak przyjdzie do weryfikacji powszechnych zachwytów trzeba się tam jeszcze dostać. Wspomniane 6-7 h godzin jazdy to nie dużo, ale droga przebiega przez 2 lub 3 kraje (zależy jaki wariant wybierzecie). Trzeba zatem kupić winiety. My wybraliśmy opcję przez Czechy, Słowację i oczywiście Węgry. Szybszą o jakieś pół godziny, ale za to droższą. Opłata za drogi w Czechach to blisko 20 euro za 10 dni, na Słowacji 10 euro, zaś na Węgrzech – 14. Wszystkie winiety kupowałem online przez oficjalne strony krajowych dystrybutorów. System działa sprawnie, strony są w języku polskim lub angielskim, bez problemu można nawet dostać fakturę. Jeśli koszt czeskiej winiety wydaje się zbyt duży, to można ominąć ten kraj nadkładając trochę drogi.

Jeśli zaś idzie o ceny benzyny, to do samego Budapesztu bez problemu dojechałem na jednym baku. W drodze powrotnej wiedziałem jednak, że czeka mnie tankowanie. Litr 95 w każdym z mijanych krajów kosztuje (listopad 2022) grubo ponad 8 zł, a przy autostradach nawet ponad 9. Wielkiej różnicy więc nie było. Ciekawostką są węgierskie stacje, które na pylonach jak jeden mąż wyświetlają kwotę 480 forintów (5,5 zł). To jednak jedynie cena dla Węgrów. Decyzją władz państwa to maksymalna cena, jaką obywatel Węgier (pod pewnymi warunkami) może zapłacić. Właściwa cena znajduje się dopiero na dystrybutorze i może być nawet blisko dwukrotnie większa. Ja płaciłem 735 forintów, czyli ponad 8 zł.

Miasto, w którym czujesz dobrze – dzień pierwszy

Nocleg mieliśmy w Peszcie, czyli po wschodniej stronie Dunaju. To część nieco bardziej turystyczna. Oferująca więcej w kwestii gastronomii czy życia nocnego. To również po tej stronie znajdują się najbardziej ikoniczne budapesztańskie miejsca z budynkiem Parlamentu na czele. Jest też nieco taniej w kwestii noclegu.

Zastanawialiśmy się nad komunikacją miejską, ale Budapeszt okazał się kolejnym miastem, którego zwiedzanie na piechotę jest przystępne i dające bardzo dużo satysfakcji. Na miejscu byliśmy ok. godz. 15 i zaczęliśmy w naszym stylu. Z zaznaczonymi kilkoma miejscami na mapie, ale już wybór trasy zostawiliśmy przypadkowi. Już po kilku minutach wyrosła przed nami monumentalna Bazylika św. Stefana, pod którą właśnie instalowano jarmark bożonarodzeniowy. Już zazdroszczę tym, którzy będą oglądać te obrazki zimą.

Dalej spod świątyni krótki spacer w stronę Dunaju by zerknąć na panoramę Budy o zachodzie słońca. Po drodze już upatrzyliśmy sobie miejsce, w którym spróbujemy langosza. Ale to zaraz. Póki co trafiamy na nabrzeże rzeki, a na nim oprócz oczekiwanej panoramy – nieoczekiwany pomnik. Kilkadziesiąt par wykonanych z żeliwa butów. Zwróconych w stronę Dunaju. To pomnik upamiętniający ofiary Holokaustu rozstrzelane w tym miejscu. Podobnych symboli jest zresztą w mieście więcej. Wystarczy wspomnieć Skwer Wolności w pobliżu Parlamentu, na który też trafiliśmy gubiąc się w uliczkach. W ogóle spacerując po stolicy Węgier liczcie się z tym, że traficie na dziesiątki, jeśli nie setki, rzeźb czy instalacji. Sztuka wyszła tu na ulicę dość śmiało.

Znad Dunaju ruszamy w krótki spacer pod najbardziej ikoniczny obiekt w mieście, czyli oczywiście Parlament. To olbrzymi kompleks, który można oczywiście zwiedzać wewnątrz, ale sporo oferuje też sam teren wokół niego. To system skwerków i placyków usianych, a jakże, pomnikami. Ja wsiąknąłem tam na dłużej fotografując… tramwaje. Tak właśnie. Żółte pojazdy przywiodły na myśl Lizbonę. Parlament to punkt obowiązkowy, ale miejcie na uwadze, że największe wrażenie robi z drugiej strony rzeki. Szczególnie po zmroku.

Pierwszy dzień w Budapeszcie kończymy wieczornym spacerem nad Dunajem i po dzielnicy żydowskiej (o niej później). Pierwsze wrażenia? To kolejne miasto, w którym od razu czujemy się dobrze. Instynktownie wiemy jak się poruszać, przypadkiem trafiamy do miejsc, których nie planowaliśmy oglądać, a które nas urzekają. Trudno to wyjaśnić. Panuje tu klimat, który z nami współgra. Albo ta chemia jest albo jej nie ma. Tutaj jest.

Buda czy Peszt? Jednego nie ma bez drugiego – dzień drugi

Za nami eksploracja Pesztu. Pora więc wybrać się na drugi brzeg i tak rozpoczynamy kolejny dzień. Podobno najsłynniejszym mostem jest tu Most Széchenyi, zwany też Łańcuchowym. My tego nie sprawdziliśmy, bo przeprawa była w remoncie. Skorzystaliśmy więc z mostu przy Cytadeli, ale idę o zakład, że jest on niemniej urokliwy.

Buda to z perspektywy turysty przede wszystkim dwa wzgórza usiane licznymi zabytkami i oferujące kapitalną panoramę miasta. Pierwsze z nich to Wzgórze Gellerta ze wspomnianą Cytadelą. Wzgórze wnosi się na ponad 200 metrów i jest właściwie jednym wielkim parkiem poprzecinanym licznymi ścieżkami. Spacer na sam szczyt trochę trwa i można się przy nim spocić, ale rekompensują to widoki na całe miasto. Na szczycie znajduje się Cytadela właśnie oraz Pomnik Wolności widoczny z każdego punktu w Budapeszcie. Niestety również był on zamknięty. Niżej znajdziecie natomiast skalny kościół.

Ze Wzgórza Gellerta schodzimy tylko po to by znów zacząć się wdrapywać (można również wjechać funikularem za 300 forintów). Tym razem na Wzgórze Zamkowe. Jest ono niższe i bardziej rozległe. Mieści też znacznie więcej atrakcji. Główną jest kompleks Zamku Królewskiego. Jest on nie tylko zabytkiem, który można zwiedzać, ale również miejscem spotkań. Pomiędzy starymi budynkami wyrastają kawiarenki i kioski z grzanym winem. Nie zabraknie ulicznych grajków i malarzy. To zresztą znamienne dla całego Budapesztu. Kawałek dalej znajduje się Baszta Rybacka i Kościół Macieja. W ciągu dnia to po prostu zabytki otoczone rzeszą turystów. Po zmroku w krużgankach baszty zaczyna się koncert, a na okolicznych skwerach otwierają się plenerowe puby.

W pobliżu Kościoła Macieja znajdziecie kilka niestandardowych atrakcji, jak np. dom Harry’ego Houidiniego, który tu właśnie przyszedł na świat. Z kolei krużganki Baszty Rybackiej oferują chyba najlepszy w mieście widok na Parlament.

Buda i Peszt to dwie zupełnie różne części miasta, które doskonale się uzupełniają. Pierwsza jest nieco bardziej historyczna, kameralna, wydaje się starsza i spokojniejsza. Druga tętni życiem, oferuje życie nocne i bardziej nowoczesne atrakcje. Ale nie ma jednej bez drugiej. Z obu brzegów Dunaju podziwiać można bajeczne panoramy.

Dzielnica Żydowska i życie nocne w Budapeszcie

Wracając do Dzielnicy Żydowskiej, czyli VII dzielnicy Budapesztu, w której mieliśmy nocleg. Odnieśmy wrażenie, że pełni ona funkcję podobną do Zatybrza w Rzymie. To alternatywne, popularne szczególnie wśród młodych miejsce. Miejsce kolorowych knajp i dyskotek, street foodu i rzeczy dla Budapesztu znamiennych – pubów w ruinach.

Jest ich tu kilka, ale pierwszym i najpopularniejszym jest Szimpla Kert. Ta nazwa oznacza dosłownie pub w ruinach. Muszę przyznać, że to najbardziej niezwykły lokal, w jakim byłem. Mieści się na jednym z podwórek przy ul. Kazinczy. Ale czy to do końca podwórko? Trochę tak. A trochę namiot cyrkowy. Trochę ogródek działkowy tego dziwnego pana, który znosi na niego wszystko co znajdzie. Trochę też galeria sztuki nowoczesnej. I trochę kino plenerowe. Wszystkiego po trochu. Upstrzone setkami lampek (każda z innej parafii), flagami, girlandami i roślinami. Za krzesła służy tu wszystko. Stara wanna, rzeźba żyrafy pień drzewa czy maska trabanta. Zdaję sobie sprawę, że nie każdemu to miejsce przypadnie do gustu. Nas urzekło.

Oprócz Szimpla Kert w pobliżu znajdziecie kilka podobnych miejsc, jak Mazel Tov czy Instant. Mieści się tu także Street Food Caravan, jedno z miejsc, gdzie możecie spróbować lokalnej kuchni. Ale nie nasze ulubione.

Jedzenie i ceny w Budapeszcie

Dla nas najlepszym kulinarnym doświadczeniem był… targ, a konkretnie Great Market Hall czy też Central Market Hall. To olbrzymia, neogotycka hala targowa, w której znajdziecie oczywiście mydło i powidło. Od papryczek (nie może ich zabraknąć), przez podrabiane koszulki piłkarskie, po rękodzieło. Jest tu też kilka barów, nazwijmy je mlecznymi. To tu dane nam było zjeść najlepszą w Budapeszcie rzecz, czyli zupę gulaszową. Obowiązkowo z łyżką ostrej pasty z papryki.

Warto przy tej okazji wspomnieć o cenach. Owa zupa kosztowała niecałe 20 zł. W restauracjach zapłacicie trochę więcej. Np. za langosza (porcja, którą spokojnie się najecie) – 35 zł. Czasem jest drożej, ale nie spotkaliśmy raczej z cenami wyższymi niż 45 zł za obiad. Jeśli idzie zaś o napoje, to piwo kosztuje 10-15 zł, a kawa 6-8 zł.

Na deser – Łaźnie Gellerta

Wracać mieliśmy w niedzielę, ale skoro to tylko 6 godzin, to nie wyruszyliśmy od razu. W ramach pożegnania z Budapesztem jeszcze jedna z jego słynnych atrakcji – Łaźnie Gellerta. Oboje jesteśmy fanami tego typu miejsc. Nie wypadało więc nie skorzystać. Szczególnie, że w tym przypadku nie chodzi tylko o termalne baseny.

Łaźnie są częścią całego kompleksu, na który składa się także hotel. Cały budynek to dzieło sztuki. Powstał na początku XX wieku w stylu secesyjnym. Już w latach 20. powstały tu systemy tworzące sztuczne fale. Największym wrażeniem nie są więc same baseny. Pod tym względem Łaźnie Gellerta nie mają do zaoferowania więcej niż obiekty chociażby w Polsce. Przeżyciem jest samo przebywanie tam. Przemierzanie w szlafroku pięknych korytarzy i chłonięcie tej wciąż żywej jeszcze atmosfery rodem z filmów.

Te łaźnie to jakby jedna z dwóch stron medalu zwanego Budapesztem. Na awersie unoszący się wciąż duch tego, co było. Subtelny, ale wyczuwalny bez trudu. Klimat dawnej potęgi jednego z najważniejszych miast Europy. Monumentalny, ale nie patetyczny. Przyjemny. Jak seans starego filmu. Rewers to próba znalezienia nowej tożsamości miasta. Szaleństwo miejsc jak Szimpla Kert i niespotykany u nas luz. Uczmy się od bratanków.


Więcej zdjęć z Budapesztu:

2 komentarze do “Budapeszt na długi weekend, czyli absolutna perła Europy”

  1. Wspaniałe opis. Polecam wszystkim, którzy chcą poczuć „ HUNGARIAN feelings”.
    Serdecznie pozdrawiam z Budapesztu.
    Do zobaczenia.
    Kathy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.