Bergen w deszczu, Ulriken w śniegu. Norweski weekend

Godzina 2 w nocy, budzi mnie telefon. Dzwoni przyjaciel. Pewnie pijany. Nie odbieram. Po chwili dzwoni ponownie. Może jednak coś ważnego?

– Co jest?
– Sprawa jest.
– Jaka?
– Bilety tanie.
– Dokąd?
– Do Norwegii. 90 zł. Brać?
– A przestaniesz dzwonić?
– No.
– To bierz.

Tak oto, po raz kolejny całkiem przypadkiem, trafiłem na weekend do krainy fiordów – Bergen.


Zobaczcie nasz film z wycieczki do Bergen:


Trzymajcie parasole, witamy w Bergen

O tym mieście nie wiedziałem za wiele. Tyle, że jest drugie największe w Norwegii i że nazywane jest Bramą Fiordów. Godząc się na zakup biletów nie wiedziałem nawet kiedy tam polecimy, nie zdążyłem więc nawet pomyśleć o pogodzie. Ale to akurat okazało się mało istotne, bo trzecia najistotniejsza informacja, jaką o Bergen musicie wiedzieć, to to, że tam prawie zawsze pada.

Oczywiście, jeśli wybieracie się tam w lipcu czy sierpniu, to może uda Wam się złapać nawet i tydzień słońca. Jednak pozostałe miesiące to w najlepszym razie chmury, najczęściej przelotny deszcz, a nie rzadko po prostu ciągłe opady. To chyba kwestia położenia miasta. Leży nad morzem, otoczone ze wszystkich stron górami.

My trafiliśmy tam w marcu. Nadziei na pogodę wielkich więc nie miałem. Zaczęły rosnąć dopiero w dniu wylotu. Rzut oka na prognozy – w Norwegii ładnie. Rzut oka za okno samolotu – aż po horyzont zero chmur. Cholera, może się uda! No nie, nie udało się. Gdy tylko zaczęliśmy schodzić do lądowania dosłownie znikąd wyrosły ciężkie chmury. W Bergen padało.

Spędziliśmy tam trzy dni. Pogoda się nie zmieniała – nawet ciepło, kilka-kilkanaście stopni, ale codziennie deszcz. Nie byliśmy tym szczególnie podminowani, a Norwegowie byli wręcz zachwyceni. Trond, u którego wynajęliśmy pokój, z uśmiechem od ucha do ucha rzucił nam na pożegnanie:

– Ale Wam się pogoda udała!
– Co? Przecież codziennie padało…
– No tak, ale nie przez całe dnie.

Bryggen – stare miasto jak z bajki

Bergen to drugie największe miasto Norwegii, ale to w żadnym wypadku nie oznacza, że jest duże. Centrum przejdziecie na piechotę nie wiedząc nawet kiedy. My tak się zagalopowaliśmy po wyjściu z autobusu, że prawie weszliśmy na Fløyen, wzgórze górujące nad portem, na które planowaliśmy wybrać się następnego dnia.

Punkt obowiązkowy? Bryggen, czyli najstarsza część miasta. To szereg drewnianych, kolorowych domków stojących przy nabrzeżu. Obiekt wpisany na listę UNESCO. Sprawia wrażenie bajkowej wioski. Najbardziej polecam odwiedzić to miejsce za dnia i po zmroku, gdy domki są podświetlone, a nad miastem górują lampy kolejki na Fløyen. Dobrze jest też poszwendać się wąskimi, stromymi uliczkami przyległymi do Bryggen. W tej okolicy znajdziecie też targ rybny.

My mieszkaliśmy w nowszej, południowej części miasta. Tu klimat już nieco mniej bajkowy, ale wciąż małomiasteczkowy. Oczywiście w pozytywnym sensie. Co zaskakuje Polaka w Norwegii? Jest bardzo czysto, raczej spokojnie. W oknach nie wiszą zasłony czy żaluzje, bo podobno Norwegowie nie mają w zwyczaju zaglądać sąsiadom do okien. Kierowcy przepuszczają pieszych widząc ich już z daleka, a na ulicach roi się od elektrycznych nissanów leafów. Niemal każdy, łącznie z seniorami, mówi po angielsku. No i ceny. Nie oszukujmy się, jest drogo. Pamiętacie okazję – bilet lotniczy za 90 zł? No, to bilet autobusowy z lotniska do centrum kosztował nas znacznie więcej. Drogie jest jedzenie i oczywiście alkohol. Ten ostatni dodatkowo dostępny tylko w specjalnych sklepach i nie o każdej porze.

W przystępnej cenie udało nam się za to znaleźć nocleg na Airbnb, a i na tym przyoszczędziliśmy. Wylot mieliśmy nad ranem, więc i tak musielibyśmy w środku nocy jechać na lotnisko. Postanowiliśmy więc ostatnią noc spędzić na terminalu. Lotnisko w Bergen jest malutkie, ale posiada świetną strefę relaksu, gdzie podróżni mogą się całkiem komfortowo przespać. I tu kolejna ciekawostka – Norwegowie przyzwyczajeni są do wzajemnego zaufania. Nie mają więc problemu z pozostawieniem bez opieki na całą noc swoich bagaży, a nawet włączonego na ławce laptopa. Wcześniej zdarzyło mi się spać na lotnisku w Bergamo, gdzie położyć można się tylko na ziemi, a plecak najlepiej przywiązać do siebie. Przepaść.

Nie byłeś w Bergen, jeśli nie wszedłeś na Ulriken

Nasz nocleg był co prawda nieco oddalony od centrum, ale mieliśmy za to blisko do naszego głównego punktu wycieczki, czyli góry Ulriken. To najwyższy szczyt w okolicy i choć jego wysokość (643 m n.p.m.) nie robi wrażenia, to nie warto go lekceważyć. Po pierwsze dlatego, że widoki ze szczytu są najlepsze w całym Bergen. Macie panoramę na wszystkie części miasta i fiordy. Po drugie zaś dlatego, że w trakcie wejścia na szczyt pogoda może zmienić się diametralnie.

Zaczęliśmy od wiosny. Kilkanaście stopni, lekki deszczyk (a jakże). Pod samym szczytem było już wietrznie i zimno, a na górze przywitała nas… mała zamieć śnieżna. Mimo wszystko wspinaczka nie jest szczególnie trudna, o ile macie dobre buty i ciuchy. Na Ulrikenie pokręciliśmy się trochę, brodziliśmy po kolana w śniegu, doszliśmy nad przepaść i zobaczyliśmy wspomniane już Fløyen. Wzgórze leżało po drugiej stronie sporego jeziora i wiedzieliśmy, że istnieje szlak dookoła łączący oba szczyty. Jego przejście zajmuje jednak ok. 5-6 godzin w dobrych warunkach, a nasze dobre nie były. Nie planowaliśmy takiej wyprawy, a było już po godz. 12, więc uznaliśmy z ciężkim sercem, że musimy sobie to odpuścić.

Zeszliśmy inną drogą do miasta, a na Fløyen wybraliśmy się następnego dnia. To już górka znacznie bardziej spacerowa. Również ciekawa, ale znacznie mniej imponująca od Ulrikena. Zdecydowaliśmy jednak, że wrócimy jeszcze do Bergen, choćby na jeden dzień, i odhaczymy przejście między tymi dwoma szczytami.

Jeszcze jedna ciekawostka odnośnie górskich wycieczek w Norwegii. Na szlakach można spotkać domki turystyczne. Są one bezpłatne i można z nich korzystać pod warunkiem, że nikt inny akurat w nich nie nocuje. Należy też pozostawić nocleg w takim stanie, w jakim go zastaliśmy, a więc posprzątany, z uzupełnionymi zapasami drewna itd. Norwegowie bardzo wysoko cenią sobie naturę i są dumni ze swoich krajobrazów. Chętnie z nich korzystają, ale mają przy tym silne poczucie dbania o te wspólne dobro.

Nigdy więc nie zostawiają po sobie śmieci, a gdyby zdarzyło się, że pies ucieknie właścicielowi i dokona jakiś szkód – wówczas na właściciela czekają surowe konsekwencje.


Zobaczcie więcej zdjęć z Bergen:


Podobne artykuły:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *