Albania samochodem. Jak to zrobić i czy warto?

A więc wybraliście Albanię. Świetny kierunek. Jeden z najbardziej egzotycznych w Europie. Wciąż jeszcze nie bardzo dotknięty zachodnią turystyką, a więc zupełnie inny od tego, do czego większość z nas przywykła. Pozostaje pytanie jak się tam dostać. Opcje są zasadniczo trzy. Po pierwsze, biura podróży – opcja najprostsza. Po drugie, szukanie lotów samemu. Tu jest trudniej, bo z Polski próżno szukać tanich lotów. Jeśli wybieracie się na południe Albanii, jak my, to najsensowniejszy wydaje się lot na Korfu, ale stamtąd trzeba jeszcze dostać się promem. No i możliwość trzecia, którą my wybraliśmy – dojazd samochodem na własną rękę. Daje najwięcej satysfakcji, zapewnia możliwość transportu na miejscu i dodatkową szansę na zobaczenie czegoś po drodze. A jest co oglądać. Chociażby zza szyby.

Wybór trasy – którędy jechać z Polski do Albanii

Naszym celem był Ksamil. Część albańskiej riwiery nad morzem Jońskim. W pobliżu znajdują się większe miasta, jak Saranda czy Vlora, więc poniższe wskazówki będą mieć zastosowanie również w ich przypadku. Startowaliśmy ze Śląska. Trasa z innych części Polski może się nieco różnić na początku. Weźcie też pod uwagę, że my jechaliśmy tam w 2018 roku. Realia 2020 mogły się nieco zmienić. Ale do rzeczy.


Film z naszej podróży do Albanii


Macie do wyboru kilka tras. Różnią się nie tylko długością, ale przede wszystkim krajami, które będziecie mijać, a co za tym idzie komfortem jazdy. W naszym przypadku najwygodniejszą i najszybszą opcją była droga przez Serbię, Macedonię Północną i… Grecję. Tak jest. Choć na pierwszy rzut oka wydaje się to nielogiczne i sama droga liczy sobie ponad 1900 km przy nawet 1700 km dla alternatyw przez Bośnię czy Chorwację, to ma jeden, niezaprzeczalny atut. Niemal w całości wiedzie autostradami i drogami szybkiego ruchu. W efekcie jej pokonanie zajmuje ok. 20 godz. jazdy, podczas gdy wspomniane krótsze trasy zajmą nam nawet do 4 godz. więcej. Uwierzcie, że po całym dniu za kółkiem każda dodatkowa godzina daje się we znaki. Przekonaliśmy się o tym wracając drogą przez Dubrovnik.

Samochód i kierowcy

To niby oczywiste, ale warto powiedzieć to wprost. Jeśli nie dysponujecie wygodnym i w miarę niezawodnym samochodem oraz drugim kierowcą – zastanówcie się. Spędzicie w tym aucie co najmniej 20 godzin w jedną stronę. W praktyce, wliczając przerwy na siku, fajkę czy jedzenie, kilka godzin więcej. Owszem, można tę trasę pokonać samemu. Sam tak zrobiłem. Ale czy to była najmądrzejsza rzecz w moim życiu? No tak średnio bym powiedział. Zatem podstawa – pewny samochód i pewni kierowcy.

Belgrad. Nad Dunajem

Koniecznie zaplanujcie też przynajmniej jeden nocleg po drodze. My wybraliśmy Belgrad. W samym mieście spędziliśmy ledwie kilka godzin, więc wiele do powiedzenia nie mamy, ale to na pewno stolica Serbii nie jest nijaka. Idealne na relaks po całym dniu podróży są okolice twierdzy nad Dunajem. Tu też tanio zjecie i napijecie się. Ceny noclegów też potrafią być śmieszne. My za pokój dla czwórki w hostelu w centrum zapłaciliśmy 30 zł. Za całość. Serio. Co prawda nie było ciepłej wody, a w lodówce coś ewidentnie skonało, ale łóżka miały materace, a o to nam chodziło. Jeszcze jedno – nie mówię, że to standard, ale miejcie z tyłu głowy trudną historię Bałkanów. Jeśli zapytają Was o cel podróży to weźcie pod uwagę, że odpowiedź „Albania” może doprowadzić do męczących dyskusji.

Dokumenty – czy do Albanii potrzebujemy paszportu? Co z zieloną kartą?

Kolejna oczywista sprawa, ale żyjąc w strefie Schengen łatwo o niej zapomnieć. Większość trasy prowadzi przez kraje nie będące w Unii Europejskiej. Dodatkowo Chorwacja, mimo iż w niej jest, nie należy do wspomnianej strefy Schengen. W praktyce oznacza to, że miniecie kilkanaście kontroli granicznych. Z kolejkami na nich jest różnie. Na większości posterunków nie staliśmy dłużej niż 30 minut. Wyjątkiem była granica bośniacko-chorwacka w Ivanicy, którą przekraczaliśmy w drodze powrotnej. Tam turlaliśmy się żółwim tempem blisko 2 godziny.

Widok z granicy bośniacko-chorwackiej w Ivanicy

Nie uświadczyliśmy też zbyt szczegółowych kontroli. Najczęściej ograniczały się do sprawdzenia dokumentów. Czasem pytania o cel podróży. Tylko raz musieliśmy otwierać bagażnik. Chyba też w Chorwacji.

Wskazówka 1: jeśli nie interesujecie się piłką to wyczytajcie coś niecoś o Lewandowskim. To stały temat rozmów z celnikami, gdy dowiadują się o tym, że jesteśmy z Polski.

Wskazówka 2: na niemal każdym posterunku granicznym znajdują się osobne kolejki dla obywateli UE oraz innych krajów. Nie mają one żadnego znaczenia. Każdy i tak staje, w której chce.

A co z dokumentami? W 2018 istniała przynajmniej teoretyczna możliwość przekraczania granic Serbii czy Albanii wyłącznie z użyciem dowodu osobistego. Nie ryzykowaliśmy jednak i każdy z nas dla świętego spokoju wyrobił sobie paszport. Dodatkowa atrakcja to zbieranie pieczątek.

Koniecznie zaopatrzcie się również w zieloną kartę ubezpieczenia samochodu. Kilkukrotnie nas o nią pytano na różnych granicach. Ten świstek załatwiacie u swojego ubezpieczyciela. Kosztuje jakieś 20 zł. Nie musicie się za to przejmować różnicami w przepisach dotyczących wyposażenia samochodu. Zgodnie z prawem musi być on wyposażony według przepisów kraju, w którym jest zarejestrowany.

Jakiej jakości są drogi na Bałkanach?

Jak już wspomniałem nasza trasa miała tę zaletę, że prowadziła drogami ekspresowymi i autostradami. I przez zdecydowaną większość byłem mile zaskoczony. Trasa jest prosta i dobrze oznakowana. To część europejskiej drogi E75. Jechaliśmy więc przez Ostravę, Brno, Bratysławę, Budapeszt, Belgrad, Nisz, Skopje i odbijaliśmy z niej dopiero w Salonikach. Nie sposób się zgubić, ale na wszelki wypadek warto kupić porządny atlas samochodowy lub ściągnąć mapy offline (przypominam, że opuszczamy UE, a więc i dane bez limitu).

A jak z jakością dróg? O Polsce, Czechach, Słowacji czy Węgrzech nie ma co pisać. Podobny standard, może nasze nieco lepsze, ale to wszystko zwykłe autostrady. W Serbii jakość nieco spada, ale tylko na początkowym odcinku do Nowego Sadu. Później do Belgradu i Niszu asfalt nie odbiega od naszych ekspresówek. Dopiero na południu Serbii, za Niszem, musieliśmy nieco zwolnić. Trafiliśmy na przebudowę ostatniego odcinka drogi i trochę powlekliśmy się objazdem. Dodatkowy czas rekompensowały za to widoki. Te świetne są również w Macedonii Północnej, a że znowu wskakujemy tam na autostradę, to podróż mija szybko.

Gorzej zaczyna robić się w Grecji. Jakość dróg nieco spada, trzeba odnaleźć się na obwodnicy Saloników, a do tego po raz pierwszy doświadczamy południowego stylu jazdy. Dzikie wyprzedzanie, brak kierunkowskazów i ogólnie luźne podejście do przepisów. Można się przyzwyczaić, ale początki są dziwne.

W Salonikach odbijamy na drogę biegnącą wzdłuż północnej granicy Grecji. Kierujemy się na Janinę, a stamtąd na północ do Kakavii – przejścia granicznego z Albanią. Droga przypomina nasze krajówki. Zwykle jeden pas. Asfalt połatany, ale w miarę prosty. Jest całkiem ok, ale gorzej niż do tej pory. Po drodze mija się również dziesiątki tuneli w górach.

Do Albanii wjeżdżamy pod wieczór, pogoda zaczyna się psuć. Kakavia to mikroskopijne przejście graniczne. Ledwie dwóch celników, ale żadnych kolejek. Sprawdźcie jednak wcześniej czy nie zamykają go o określonej godzinie, bo to się dość często zdarza. Panowie na granicy są mili, dziękują, że wybraliśmy Albanię.

Widok z trasy z Kakavii do Ksamilu

Na GPS-ie mam jakieś 50 km do Ksamilu i grubo ponad godzinę jazdy. Dziwne, pewnie jakiś błąd. No nie, nie błąd. W większości Albanii kończy się przygoda z autostradami i ekspresówkami, jakie znamy. Drogi są wyasfaltowane, niektóre całkiem przyzwoite (szczególnie w okolicy Tirany), ale większość wciąż jednak odstaje od zachodnich standardów. Nasza dodatkowo wiedzie przez przełęcze. Zapomnijcie więc o przekroczeniu choćby 50 km/h. To oczywiście tyczy się nas, bo Albańczycy mają ciężką nogę i nie przeszkadza im nawet to, że prowadzą autokar. Zatem droga z Kakavii do Ksamilu toczyła się w deszczu, po zmroku, serpentynami na stromych zboczach, w sporym zmęczeniu po dwóch dniach podróży i w ciągłym napięciu spowodowanym szaleńczymi rajdami Albańczyków. Pierwsze wrażenie – nerwowo. Ale już kilka dni później, gdy pokonywaliśmy tę samą drogę w ciągu dnia, wypoczęci i przy pięknej pogodzie odczucia były zupełnie inne. To jedna z najbardziej malowniczych tras, jakimi jechałem.

W drodze powrotnej nie chcieliśmy powtarzać miejsc. Wybraliśmy więc trasę przez Czarnogórę, Bośnię i Hercegowinę i Chorwację z noclegiem w Dubrovniku. I tu warto pamiętać o tym, o czym wspominałem na początku. Choć ta droga miała ok. 1700 km, to jej pokonanie zajęło nam znacznie dłużej. Po pierwsze, musieliśmy przejechać przez całą Albanię, a w tej nie uświadczycie zbyt wielu klasycznych autostrad czy ekspresówek. Droga, którą jechaliśmy z południa na północ, to przez większość jej długości standard na kształt naszej krajówki. Asfalt jest raczej znośny, ale zwykle mamy do czynienia z jedną jezdnią, a miasta nie mają obwodnic. Lepiej jest na środkowym odcinku, pomiędzy Vlorą a Durres – tu nie ma na co narzekać.

Tutaj warto szerzej wspomnieć o południowym stylu jazdy. W skrócie sprowadza się on do luźnego dość podejścia do przepisów. Przykład z jednego z albańskich miast. Przed rondem zwolniłem i próbowałem się włączyć do ruchu. Spotkało się to z salwą klaksonów samochodów za mną. I nie, nie było to jedno z rond, na których to włączający się mają pierwszeństwo. To było klasyczne rondo ze znakiem ustąp pierwszeństwa przed nim. Na kolejnym zachowałem się już jak Albańczyk i po prostu wjechałem na rondo uważając tylko by nie walnąć w samochód przede mną, używając przy tym klaksonu kiedy trzeba. O dziwo, w tym chaosie jest metoda. Gdy załapie się niuanse ruch jest całkiem płynny i paradoksalnie bezpieczny. I jeszcze jedno. Niech nie zdziwi Was nagły korek na prostej drodze. Bardzo możliwe, że po prostu dwóch Albańczyków spotkało się na niej, zatrzymało i rozmawia ze sobą. Ot, lokalny drogowy folklor.

Droga w Czarnogórze też nie należała do najlepszych. Nieco lepiej było w Bośni i Hercegowinie. Tam jednak zaczynają się górskie serpentyny, które ciągną się jeszcze kilkadziesiąt kilometrów za Dubrovnikiem. Widoki? Nieziemskie. Naprawdę. Nie zapomnicie ich nigdy. Ale coś za coś. Nie liczcie na jazdę powyżej 60 km/h. W efekcie odcinek z Ksamilu do Dubrovnika, który liczy sobie trochę ponad 500 km, pokonywaliśmy 11 godzin (wliczając wspomniany postój na granicy). W tym samym czasie przejechaliśmy dwa razy dłuższy odcinek na trasie przez Serbię.

Autostrady zaczynają się dopiero w okolicy Splitu i ciągną się już przez całą Chorwację. Pod względem komfortu to chyba najlepszy odcinek w całej naszej podróży. Czapki z głów. Zbliżając się do północnej części Chorwacji macie do wyboru drogę przez Słowenię i Austrię lub Węgry. My wybraliśmy to drugie. Trasa nieco dłuższa, ale za to nie ma potrzeby kupowania drogich winiet, a węgierska miała jeszcze ważność. Z Węgier do Bratysławy, Czech i jesteśmy w domu. Ostatni dzień to było ok. 14 godz. jazdy.

Opłaty za drogi, winiety i ceny paliwa

Niezależnie od tego, którą drogę wybierzecie, większość trasy wiedzie przez płatne odcinki. W Czechach, na Słowacji i Węgrzech obowiązują winiety. Te dwie ostatnie najprościej kupić przez internet na oficjalnych stronach (TUTAJ i TUTAJ). Czeską winietę dostaniecie w punktach przy granicy. Sprawdzajcie jednak ceny. Nalepki kupione na stacjach benzynowych są sporo droższe. W Serbii, Macedonii Północnej, Grecji i Chorwacji obowiązują bramki autostradowe. Spokojnie można na nich płacić w euro. Na kolejnych poborach opłaty wahają się od 50 centów do kilku euro. Aktualny cennik znajdziecie w sieci. Najdroższa jest oczywiście autostrada chorwacka. W pozostałych krajach ceny są przystępniejsze. W Albanii i Bośni nie ma opłat (przynajmniej na drogach, którymi jechaliśmy).

A jak się ma sprawa z benzyną? Gdy my ruszaliśmy w drogę litr 95 w Polsce kosztował nieco ponad 5 zł. I mniej więcej w tych granicach kształtował się wszędzie tam, gdzie tankowaliśmy. Czasem było to bliżej 6 zł, raczej nigdy taniej niż w Polsce. Podobno w Czarnogórze i Macedonii Północnej paliwo jest droższe, ale tam akurat nie musieliśmy tankować. Na większości stacji są też dystrybutory do LPG, ale sami z nich nie korzystaliśmy, więc nie wiem czy można je polecać. Ważna uwaga – gdy tylko zobaczycie sensowną stację i nie macie problemu z płaceniem w danym kraju – skorzystajcie z niej. W Bośni przez ponad 100 km nie uświadczyliśmy żadnej stacji i dojechaliśmy do jednej dopiero na oparach. Co ciekawe, obsługa przyjmowała w niej chyba każdą europejską walutę zapisując przelicznik na zakurzonej szybie. Przelicznik całkiem atrakcyjny dla euro, więc to tam zaliczyliśmy chyba najtańsze tankowanie.

Podsumowując. Wybór drogi samochodem to był dla nas strzał w dziesiątkę. Jechaliśmy w czwórkę, więc ta opcja najbardziej opłacała się ekonomicznie. Ale to mniej istotne. Przede wszystkim taka podróż była już przygodą samą w sobie. Sentymentalnym powrotem do czasów zagranicznych wycieczek z rodzicami. Z kolejkami na granicach i postojami przy drodze na mini-piknikach. To było także przedłużenie doświadczenia Bałkanów o kilka dni. Możliwość poznania tego regionu nieco bardziej. Poprzez rozmowy z ludźmi po drodze czy po prostu oglądanie zza szyby. Zawsze coś. Jeśli więc tylko macie taką możliwość, sprawdzoną ekipę, sensowny samochód i wiecie, że dacie radę wysiedzieć w nim po 10 godzin dziennie – zróbcie to.


PS: 40 godzin w zamkniętym pomieszczeniu z trójką ludzi to cholernie dużo. Zaopatrzcie się w jakąś rozrywkę, bo nam zostało trzykrotne oglądanie jednego sezonu serialu „Egzorcysta”. Uwierzcie, że zaczyna się na różne sprawy patrzeć inaczej, gdy zaczynacie ze sobą rozmawiać cytatami z Walaszka.

WIĘCEJ ZDJĘĆ Z ALBANII


Podobne posty:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *